Rozmaitości: Opowiadania

Ofiara spełniona

Ofiara spełniona opowiadanie Mateusz Straszewski NOKTO MEDIA NOKTOMEDIA

Dzieciaki z Domu Dziecka Rodziny Maryi w Szamotułach rzadko coś dostają. Wręcz przeciwnie – ostatnio starsi chłopcy podsłuchali rozmowę proboszcza z siostrą przełożoną. Jacyś panowie z komitetu chcą wszystkich wygonić, przenieść do Leonowa (ta nazwa nic chłopakom nie mówiła, choć 15-letni Janek twierdzi, że to w okolicach Lublina), a z ich ośrodka zrobić hotel robotniczy. Poprawka: z ich domu.

Dzisiaj jest inaczej, dziś każde dziecko czuje się wyjątkowo – w końcu jest Wigilia Bożego Narodzenia. Przez dwa dni, z pomocą opiekujących się nimi Franciszkanek, podopieczni dekorowali pokoje kolorową krepiną, a podczas ubierania choinki nie stłukli ani jednej bombki (z dziesięciu, jakimi dysponował ośrodek). Tradycyjnie chłopcy, jak każdego roku, pokłócili się o to, kto ma założyć czubek na górę drzewka.

Wieczerza była skromna, choć siostry postarały się, żeby wszystkim smakowało. Barszcz z kluskami zamiast uszek, trochę karpia i na deser ciasto drożdżowe. A teraz prezenty!

Staś i Karolcia oglądają paczki, które dał im św. Mikołaj. Wiedzą, że tak naprawdę to pan Mirek – wszyscy wołają na niego złota rączka, bo jak coś się zepsuje to on umie to naprawić. Chłopiec zawsze rozpoznaje go po głosie. Brat i siostra dostali po jednej, dużej pomarańczy. W telewizji jakiś pan mówił, że cytrusy to dar narodu kubańskiego dla narodu polskiego. Staś jeszcze nie wie, gdzie leży Kuba, ale lubi jej mieszkańców i chętnie by im podziękował, bo uwielbia owoce. Karolcia na pewno się z nim podzieli swoją pomarańczą. Robi tak co roku. W woreczku były jeszcze lizaki kwiatki i kilka irysów.

Staś nie zaśnie tej nocy. Będzie czekał na siostrę. Po Wigilii pan Mirek zabrał ją do swojego pokoju na poddaszu. Staś wie, że Karolcia wróci późno i będzie płakała. Będzie ją musiał przytulić.

*

Proboszcz Stanisław Kostrzewski rękawem przetarł zakurzone zdjęcie. Siedział zadumany przy biurku swojej kancelarii. Miał za sobą intensywny dzień: udzielił pięciu ślubów, a po wieczornym nabożeństwie przez dwie godziny czytał i odpisywał na listy od parafian. Najwyższy czas, żeby skierować swe kroki do łózka.

Z zamyślenia wyrwało go walenie do drzwi. Przestraszona kotka zeskoczyła mu z kolan i schowała się pod szafą. Zaskoczony – kancelaria była już od dawna zamknięta – ksiądz wstał i poszedł otworzyć.

– Kogo licho niesie? – zamruczał pod nosem – Czyżby Walczakowa czegoś znowu zapomniała zabrać z zakrystii?

Ledwie przekręcił zasuwę w drzwiach do pomieszania wpadło trzech mężczyzn. W najśmielszych oczekiwaniach proboszcz nie przypuszczał, że nocą odwiedzi go Waldemar Gurgul z obstawą. W Gostyniu nie było chyba nikogo, kto nie kojarzyłby tej gęby: niewysoki, łysy i zawsze nieogolony typ z podkrążonymi oczami wyglądającymi z daleka jak ciemny makijaż. Kiedyś komendant MO ze Zgorzelca, teraz, po Jesieni Ludów, odnalazł się jako prawa ręka Janusza Szańcy – zarządcy miejskiego targowiska i właściciela klubu „Sofia”.

Pojawienie się Gurgula nigdy nie zwiastowało niczego dobrego. Towarzyszyli mu dwaj synowie Zdzisława Muniaka, zastępcy burmistrza. Gdzieś słyszał, że Tadeusz z Wiesławem pracują u Szańcy jako chłopaki od brudnej roboty; oficjalnie zawsze mówili, że są bramkarzami w restauracji. W kościele raczej ich nie widywał. Czasem bywali na pogrzebach, ślubach co ważniejszych osób z miasta. Razem z całą świtą ojca.

– Pochwa… – Gurgul zawiesił swój chrypiący, wódczano-papierosowy głos – Lony!

Muniaki wybuchły śmiechem. Stanisław stał jak wryty zastanawiając się nad celem nocnej wizyty.

– Taki żart proszę księdza – były milicjant mocno klepnął go w ramię – Ksiądz się tak nie napina, bo żyłka pęknie!

Braciszkowie znowu zarechotali.

– Czego chcecie o tej porze?

– A widzi ksiądz proboszcz, bo jest sprawa – mężczyzna rozejrzał się po pokoju jakby sprawdzał, czy kogoś tam jeszcze nie ma – Pewnej pani się zmarło i trzeba ją szybciutko pochować.

– Raczy pan sobie żartować! Proszę przyjść jutro, kiedy kancelaria będzie otwarta. Przecież jest mnóstwo formalności, trzeba nabożeństwo odprawić… – starał się zachować rozsądek.

Gurgul nie ustępował. Splunął na wykładzinę.

– Jutro to, kurwa, będzie futro. My chcemy księdzu zaoszczędzić kłopotów, całej tej kościelnej biurokracji. Zrobimy to teraz i proboszcz nam w tym pomoże.

Nie miał jeszcze pojęcia, co to wszystko znaczy. Na pewno nic dobrego.

– Niemożliwe! Jest późno, zimno i nikogo tu nie ma. Właśnie szykowałem się do snu. Nie mogę sobie pozwolić na coś takiego…

Łysy mężczyzna wyciągnął zmiętą paczkę carmenów. Młodszy Muniak jak na zawołanie miał już gotową zapalniczkę, żeby przypalić papierosa. Stanisław poczuł ból, kiedy ręka intruza zacisnęła się na jego ramieniu.

– Co kurwa nie mogę? A dymać naszą kurwę na imprezie burmistrza to mogłeś?

Dmuchnął dymem w twarz duchownego. Z bocznej kieszeni płaszcza wyjął plik fotografii i rzucił na stół. Proboszcz oglądając odbitki czuł, jak drżą mu ręce . Były bardzo słabej jakości, ale nie miał wątpliwości, co na nich jest, a raczej kto. To był on w łóżku z kobietą.

*

Napij się jeszcze. Wiesz, że to nie pomoże, wiesz, że nie zapomnisz. Beznadziejny typ z ciebie, co? Ksiądz? Sługa Boży? Karykatura człowieka. Tyle razy obiecywałeś sobie nie zaglądać do kielicha i co? Pstro! Gówno! Przecież trzeba było wypić za zdrowie burmistrza. Jeden kieliszek nie zaszkodzi. Drugi też nie. Trzeci… Pamiętasz kiedy straciłeś rachubę? Pamiętasz jak krzyczałeś i tańczyłeś na stole?

Jesteś taki beznadziejny. Pij! Pij! Pij więcej. Potem pojawiła się ona. Roksi, dziewczyna z „Sofii”. Nie mogłeś przestać się na nią gapić. Na jej nogi, na jej cycki, na jej tyłek. Wygłodniały wilk znalazł bezbronną ofiarę. Zrobiłeś się twardy. Stałeś tam z wywieszonym językiem ociekający chucią. Jaki ty jesteś obrzydliwy! Ona mogłaby być twoją córką. Nie pytała o nic. Poszliście do pokoju. Pocałowałeś ją i przytuliłeś. W niej było coś takiego, takiego… Nie pierdol! Jak jesteś zalany to nawet zdania nie potrafisz sklecić. Tak dawno tego nie robiłeś. Nie mogłeś się powstrzymać. Jesteś żałosny. Komu wciskasz te bzdury o samotności i zagubieniu? Kryzysie wiary? Smarkatej dziwce z podrzędnego burdelu? Taaa… Była taka czuła i wyrozumiała. Uważaj, bo się jeszcze zakochasz, pojebie. Dobrze ci chociaż z nią było? Pamiętasz cokolwiek? Byłeś dla niej kolejnym zalanym w trupa obleśnym gościem, który nawet nie miał siły skończyć, a potem poszedł rzygać do kibla… Pij! Nalej sobie jeszcze. Jesteś taki beznadziejny…

*

– Halo? Jest tam kto? – Gurgul popukał Stanisława w czoło.

– Jjjjak to? Skąd, skąd to mmmacie? – głos grzązł w gardle. Z trudnością cedził każde słowo.

– Z Pewexu! Za kupę zielonych! Ksiądz się tak nie interesuje, bo będzie miał jeszcze większe kłopoty. Ważne, że mamy. A teraz będziesz grzeczny, założysz buciki, weźmiesz płaszczyk, bo deszczyk pada i pójdziesz z nami.

– Nie macie prawa… – próbował się jeszcze bronić.

Gangster, wyraźnie poirytowany, rzucił papierosa na podłogę i przydeptał go zabłoconym mokasynem.

– Ty ciulu! Tam w bagażniku leży twoja znajoma i czeka aż ją pożegnasz, ale jeśli chcesz się, kurwa, tłumaczyć z jej śmierci to proszę bardzo, nie ma kurwa problemu. Możemy ci to załatwić – znów zacisnął rękę na ramieniu księdza – Wiesz co? Czytałem ostatnio o tobie w Wyborowej. Tak ładnie tam było, że najmłodszy proboszcz w Polsce, sierota i taki mądry, po uniwersytetach. Normalnie się kurwa wzruszyłem. A to mi się rzadko zdarza, prawda chłopaki? – braciszkowie posłusznie kiwnęli głowami – Ciekawe tylko czy te babcie z różańcami dalej będą cię tak kochać jak…

– Zrobię to! – przerwał – Tylko co mam powiedzieć grabarzowi?

Gurgul z początku lekko zaskoczony, że ktoś mu wchodzi w słowo, uśmiechnął się prezentując garnitur pożółkłych zębów. Znowu klepnął Stanisława.

– Heńkiem się nie przejmuj. Pewnie i tak już leży zalany w trupa obok tej swojej śmierdzącej maciory. Rano ktoś z nim pogada. Znajdziesz jakiś duży grobowiec, w którym jest miejsce. Chłopaki mają sprzęt, więc nie bój. Najmniejszy ślad nie zostanie. Uwiniemy się raz dwa!

Proboszcz stał tępo patrząc się na nieproszonych gości.

– No dalej! Bierz klucze i lecimy!

Ofiara spełniona opowiadanie Mateusz Straszewski NOKTO MEDIA NOKTOMEDIA

Czarny Jeep Cherokee hamując przed tylnym wejściem na cmentarz ochlapał bramę. Deszcz ostro zacinał, raz po raz błyskało i słychać było pioruny. Ksiądz niemym wzrokiem wpatrywał się w krople spływające po szybie.

– Alleluja! Jesteśmy na miejscu. Wysiadka! – Gurgul huknął mu nad uchem.

Podskoczył wytrącony z marazmu.

– Pokażcie mi ją!

– Ależ proszę bardzo… Ksiądz widzę słabej wiary jest i staremu, dobremu Gurgulowi na słowo nie wierzy. Tadek, pokaż panu dziewczynkę.

Wysiedli. Młodszy Muniak otworzył bagażnik. Latarką oświetlił czarny worek, z którego wystawała głowa kobiety z dziurą po kuli pośrodku czoła.

– Przecież to nie ona! – próbował się jeszcze oszukiwać.

– Ksiądz jej wybaczy. Ciężkie warunki mamy, więc nie zdążyła sobie mejkapu pierdolnąć…

Stanisław skrzywił się z bólu, odwrócił na bok i zwymiotował do kałuży. Otarł usta w rękaw.

– Ojojoj! Chlust i kolacja poszła się jebać. Tylko mi się tu jeszcze nie zesraj ze strachu – podjudzał Gurgul. – Cienki bolek z ciebie. Niby taki ruchacz, wykształcony, gazety o nim piszą, a tu proszę… Jaka straszna cipa!

Gdyby nie deszcz braciszkowie tarzaliby się ze śmiechu po ziemi.

Stanisław wyprostował się. Resztką swego człowieczeństwa wycedził:

– Za… zanim ją pochowamy mu… Muszę wiedzieć, jak się naprawdę nazywa.

– Niby po co? Za mało masz problemów, żeby sobie jeszcze nazwiskiem jakiejś dziwki głowę zaprzątać?

– Chciał… Chciałbym chociaż zmówić za nią modlitwę.

Łysy podszedł do niego i spojrzał prosto w oczy. Świetnie się bawił.

– Patrzcie go! Jaki świętojebliwy!

– Proszę…

– Niech już będzie. Jak jej było? Ilona Majewska?

– Iwona! – poprawił Tadek.

– Zatem chodźmy odprowadzić Iwonkę na jej ostatni spacerek.

Waldemar Gurgul znowu zapalił papierosa. Chwilę mu to zajęło, bo w deszczu ciężko przypalić. Wiesław Muniak pomógł bratu wyciągnąć worek z bagażnika. Sam wziął łopatę i dużą czarną skrzynkę na narzędzia. Ruszyli wolnym krokiem w stronę bramy.

Duchowny zamknął oczy. Recytował pod nosem:

– Prosimy Cię, panie Boże, niech nasza modlitwa uprosi u Twojej dobroci oczyszczenie ze wszystkich win dla duszy Twojej służebnicy…

*

Mokry, różowy nos Karo był pierwszą rzeczą, jaką zobaczył po otwarciu oczu. Kotka ugniatała łapkami jego klatkę piersiową uroczo przy tym mrucząc. Kiedy tylko wstał poleciała do kuchni. Uwielbiał ją, ale teraz popiskiwania głodnego zwierzaka wbijały się w jego skronie niczym gwoździe. „Która może być godzina?” W powietrzu unosił się smród potu i alkoholu. Podniósł przewrócone krzesło i podszedł do okna. Zmrużył oczy. Jasne promienie oświetlały zielony park przy kościele. Błękit nieba zakłócało kilka drobnych chmurek. Z daleka rozpoznał Kostecką z dzieciakami. Kierowali się w stronę szkoły. Po drugiej stronie cmentarz…

– Nie! Nie! Nie! – pięściami walił się po głowie. Kacowy ból pulsował coraz mocniej.

Gdzie ją pochowali? Która kwatera? Tam gdzie samobójców i morderców czy w grobowcu Jasińskich? Nie pamiętał. Wydarzenia poprzedniej nocy migały jedno po drugim. Karo wróciła i pomiaukując ocierała się o nogę.

– Zaraz! Zaraz dam ci jeść! – wrzasnął.

Ale najpierw muszę znaleźć coś od bólu głowy”. Rozejrzał się. Na stole stały dwie puste butelki po Wyborowej. „Co za ironia!” Przypomniały mu się kpiny z artykułu w gazecie. Wszędzie pełno śladów zabłoconych butów. Kilka przygaszonych petów na wykładzinie. Próbował odtworzyć drogę powrotną z cmentarza. Zrezygnował z „podwózki”, a jego towarzysze specjalnie nie naciskali. Był w sklepie nocnym? Chyba tak. Chciał wygrzebać coś z ciemnego tunelu, który miał w głowie, ale poza niewyraźnym światłem, zarysami twarzy i padającym deszczem nie znalazł nic. „Dobrze, że chociaż byłem w cywilu”. Dotknął kieszeni spodni. Portfel z dokumentami był na swoim miejscu. „Muszę posprzątać! Zanim przyjdzie Walczakowa…”. Kręcił się w kółko zbierając myśli. „Zaraz! Zdjęcia! Gdzie są zdjęcia?”. W koszu na śmieci nie było. Sprawdził też w szufladach i przetrząsnął papiery na biurku. Żadnego śladu. Czyżby je zabrali? Miał nadzieję, że tak. Poszedł do kuchni. Wydawało mu się, że w szafce nad zlewem jest jeszcze polopiryna. Zdesperowana Karo pobiegła za nim.

– Uff! Chociaż tyle.

Szybko połknął tabletkę i popił dużą ilością kranówki. W lodówce znalazł puszkę sardynek. Odpuścił sobie przekładanie zawartości do miski i otwartą postawił na podłodze. Patrzył na swoją czarną przyjaciółkę łapczywie pochłaniającą jedzenie. Na chwilę poczuł się lepiej.

Zadzwonił telefon. Przestraszony podskoczył. Zastanawiał się, czy ma ochotę, a przede wszystkim siłę, żeby z kimś teraz rozmawiać. „Nikt nie może się o niczym dowiedzieć. Wszystko musi być tak jakby nic się nie stało”.

– Halo? Parafia pod wezwaniem Świętej Małgorzaty w Gostyniu, proboszcz Stanisław Kostrzewski przy telefonie… – wydukał.

– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Tomasz Wojewódzki z tej strony – na linii trzeszczał młody głos.

– I Maryja zawsze dziewica… Na wieki wieków. – starał się skojarzyć dzwoniącego.

– Proboszcz mnie nie pamięta? Z Poznania dzwonię. Z „Solidarności”. Za wcześnie? Chyba nie obudziłem księdza?

– Nieee…

– Kilka miesięcy temu spotkaliśmy się na imprezie burmistrza. Po wygranej. Opowiadał mi ksiądz o swojej siostrze. Obiecałem, że spróbuję pomóc.

– Tak! Tak! Już sobie przypominam.

To było jeszcze zanim sięgnąłem po pierwszy kieliszek wódki”. Nie miał zamiaru dzielić się tą refleksją.

– Księże Stanisławie, więc jak obiecałem – trochę poszperałem. Teraz, po wyborach, czerwoni odpuścili i jest znacznie łatwiej.

– Yhm…

– Popytałem tu i ówdzie. W paru urzędach byłem, na komisariatach. Ksiądz wie, jak to jest. Praca w ministerstwie, więc trzeba się rozeznać w sytuacji, a przy okazji można przysługę zrobić. Łatwo nie było, ale udało mi się co nieco ustalić.

Mimo mizernego stanu Stanisław poczuł dreszcz podniecenia. Zrobiło mu się gorąco.

– Słucham, słucham. Znalazł ją pan?

– I tak i nie.

– Jak to? Czy może pan przejść do rzeczy? – przestępował z nogi na nogę. Palcami uderzał o blat biurka.

– Proszę się nie denerwować. Od początku. Kiedy miał pan 4 lata Karolina została adoptowana przez rodzinę z Poznania…

– Wiem. Rozdzielili nas. Powiem mi pan coś, czego nie wiem?

– Niech mi ksiądz nie przerywa – Wojewódzki zaczynał się irytować.

– Przepraszam – wziął głęboki oddech.

– Skończyła szkołę. Chciała iść na studia, chyba na ASP, ale zaszła w ciążę i musiała wziąć ślub z ojcem dziecka. Niestety parę lat później, razem z rodzicami, zginęła w wypadku samochodowym. Proszę z tego miejsca przyjąć moje najszczersze kondolencje – Stanisławowi łzy ciekły po policzkach. – Udało mi się jednak dotrzeć do jej męża Franciszka. Nie potrafi się pozbierać po śmierci żony. Ciągle był zalany, ale wreszcie wyciągnąłem z niego, że mieli córkę. Pańska siostrzenica…

Stanisława oblał zimny pot. Zrobił się sztywny. Zachwiał się i upadając uderzył głową o kant blatu. Zemdlał. Telefon leżał na ziemi. W słuchawce mężczyzna jeszcze przez moment próbował nawiązać kontakt.

Najedzona Karo chwilę kręciła się po pokoju z zaciekawieniem. Obwąchiwała leżącego. Obeszła ciało kilka razy gruchając ze zdziwienia. Wreszcie znalazła sobie wygodne miejsce tuż przy twarzy, na wyciągniętej ręce. Po kilkuminutowej toalecie ułożyła się w kłębek i zasnęła mrucząc.

Córka Karoliny i Franciszka Majewskich po ucieczce od ojca alkoholika zaczęła zarabiać na życie w nocnych klubach. Miała na imię Iwona, ale wolała, żeby klienci nazywali ją Roksi.

Ofiara spełniona opowiadanie Mateusz Straszewski NOKTO MEDIA NOKTOMEDIA