Roman Kostrzewski, Mateusz Żyła – Roman Kostrzewski. Głos z ciemności

Wydawnictwo: SQN
Rok wydania: 2016

Ocena: 5 / 10

Roman Kostrzewski to postać ciekawa i kontrowersyjna, ale też obiektywnie patrząc bardzo ważna dla polskiej muzyki. Jego dorobek artystyczny można oceniać różnie. Nigdy nie traktowałem go zbyt poważnie. Miałem kiedyś długie włosy, nosiłem koszulki z zespołami i byłem metalem. Wtedy, po paru piwach, lubiłem z kolegami drzeć japę śpiewając teksty Kata. Chyba jednak każdy z nas zdawał sobie sprawę z jarmarczności satanizmu Kostrzewskiego. Nośne i łatwe do zapamiętania teksty, wpadające w ucho melodie i można było poudawać jakim to jest się strasznym. Nikt się specjalnie w to nie zagłębiał. Ważne, żeby razem z Romanem pokrzyczeć Szaaaaaataaaan!.

Kostrzewski postrzega swoją twórczość nieco inaczej. Poczuwa się do bycia wyżej. Mówi o przyświecających mu intencjach, symbolice i metaforach. De gustibus non est disputandum jak mawiają (w swoich tekstach Kostrzewski często używa łaciny). Każdy ma prawo do własnego zdania. Kiedy jednak opowiada o okładkach płyt Kata i porównuje te tandetne, kiczowate grafiki do twórczości Zdzisława Beksińskiego nóż się w kieszeni sam otwiera. Roman! Nie przeginaj! Jesteś legendą polskiej sceny metalowej. Tego Ci nikt nie odbierze, ale nie przesadzaj!
KAT OKŁADKI ROMAN KOSTRZEWSKI GŁOS Z CIEMNOŚCI RECENZJA

Tylko czy ktoś taki jak on nie zasługuje na coś lepszego niż ta książka? Fajnie, że jest sobie taki Mateusz Żyła, sportowiec i nauczyciel, który fascynuje się twórczością Kostrzewskiego. Nie on jeden zapewne. Szkoda tylko, że z takiego Mateusza Żyły żaden jest dziennikarz. Stawiane pytania, uwagi wysiadującego przyprawiają co i rusz o ból zębów. Takie suche i naiwne. Tak bardzo czuć brak doświadczenia,brak  umiejętności prowadzenia rozmowy. Kiedy Kostrzewskiego zdarzy się już jakaś ciekawa narracja to wywiadujący potrafi zepsuć to swoim wybijającym z rytmu wtrętem. Naprawdę ta książka mogłaby się obyć bez tego. Żyła swoim brakiem doświadczenia gubi wiele ciekawych wątków (jak chociażby epizod RK w Solidarności), nie podpuszcza, nie drąży i nie prowokuje. Zdecydowanie lepiej byłoby przeredagować ją tak, żeby wyszło z tego coś w rodzaju opowieści, wyznania artysty. Chyba, że taki wywiad miałby przeprowadzić Łukasz Orbitowski – jego wstęp jest literacko najlepszym fragmentem książki. Jestem przekonany, że jeszcze wiele ciekawych wątków mogłoby się pojawić, a tak zostaje rozczarowanie i poczucie niedosytu.