NOKTO MEDIA KULA FOTOGRAFICZNA NOKTOMEDIA

Tam, gdzie mieszkam, mieszkam już ponad pół roku. Wspominałem już, że bardzo lubię swoją okolicę, bo cicho tu i spokojnie, a kiedy jadę do centrum Warszawy mówię: wybieram się do miasta. Na komunikację miejską narzekać nie mogę. Wszędzie – czy będą to okolice Mordoru na Domaniewskiej, czy Śródmieście – można dotrzeć w miarę szybko nie stojąc w gigantycznych korkach. Mamy blisko do sklepów: znajdzie się Żabka (a nawet dwie, choć do jednej z nich strach chodzić, bo tam straszna i wrzeszcząca pani sprzedaje, nigdy nie ma rzeczy, po które się przyszło, a klienci nastrojeni urzekającą atmosferą potrafią rzucać towarem i wychodzić trzaskając drzwiami, ale może tę historię opowiem kiedy indziej), piekarnia, nocny, a nawet centrum handlowe. Trudno w to uwierzyć, ale znacznie więcej zachodu wymaga wyprawa do… najbliższej Biedronki. Można by rzec: prawie idealnie. Właśnie! Nie pisałbym tego wszystkiego, gdyby tak rzeczywiście było.
Od kiedy tu mieszkam na żadnej z okolicznych ulic nie było śmietników. Niby można zrozumieć – niskie zabudowania, mało bloków, przeważają domki jednorodzinne; nie każdy czuje się w obowiązku donieść „śmiecia” do własnego kosza. Ale parę dni temu sytuacja się zmieniła.
Pojawiło się kilka ładnych (czy coś takiego może być ładne?) betonowych, uwieńczonych zielonym kapturkiem pojemników na różnego rodzaju nieczystości. Jak miło, że ktoś w końcu pomyślał. Trochę to trwało, pewnie obradować musiała specjalna komisja, odbyło się kilka głosowań, toczono spory. Być może pojawienie się pojemników jest zasługą budżetu partycypacyjnego. Mniejsza z tym – ważne, że są.
Moja radość nie trwała długo.

Nie wiem, o czym myśli troglodyta (o ile ta funkcja jest mu znajoma), który widząc kosz na śmieci postanawia pozbyć się balastu w postaci puszek po piwie kładąc je… obok. Wcześniej takie sytuacje się nie zdarzały. Nikt nie zostawiał niczego na trawnikach. Czasem widziałem na chodniku pety, które jednak nie rzucały się specjalnie w oczy. A teraz jest kosz, znaczy – można naśmiecić. Mówi się, że okazja czyni złodzieja. Czyżby owa sentencja działała znacznie szerzej? Sposobność kusi brudasa?

Jeśli ktoś w miarę regularnie zagląda na moją stronę zauważył pewnie, że wpadają nowe teksty, które nie pochodzą z wykopalisk, ale dotyczą nowych płyt i książek. Powolutku i spokojnie dodaję kolejne wpisy. Nigdzie specjalnie się nie śpieszę. Jeśli coś (film, książka, płyta) miało premierę w zeszły piątek, nie muszę najpóźniej w poniedziałek publikować recenzji. Nie uważam takiego parcia za dobre. Potrzebuję czasu. Nie lubię wydawać pochopnych sądów. Staram się nie oceniać po pierwszych wrażeniach. Niekiedy odkładam książkę czy płytę na jakiś czas. Potem wracam. Mierzę się kolejny raz. Wiele rzeczy, które kiedyś totalnie do mnie nie trafiały, po paru miesiącach (a nawet po latach) przemawiały do mnie na nowo, odkrywałem je. Z takich olśnień wymieniłbym chociażby norweski Ulver. Kiedy wydawali płyty Blood Inside (2005) czy Shadows Of The Sun (2007) zupełnie nie rozumiałem fenomenu tego zespołu, mimo że postrzegałem się już wtedy jako człowieka otwartego na każdy rodzaj muzyki. Kilka zim minęło zanim odkryłem ich Perdition City z 2000 r. i dojrzałem do wspomnianych krążków. Dzisiaj ich uwielbiam. Czekam niecierpliwie na każdą kolejną płytę. Nawet jeśli ma to być klimat lat 80., jak na ostatniej The Assassination of Julius Caesar (2017), którą zaliczam do najważniejszych płyt, jakie się ukazały w tym roku.

Dlatego też spokojnie słucham nowej BjörkUtopia. Czytałem już kilka bardzo skrajnych recenzji – od zachwytów po zgrzyt zębów i groźby. Już poprzedni Vulnicura docierała do mnie długo i podobnie będzie pewnie z Utopią. Islandzka ikona muzyki alternatywnej od lat nie nagrywa płyt prostych i łatwych w odbiorze. Spokojnie obieram sobie owoc jej kreacji. Warstwa po warstwie poznaję zawartość. Jak na razie wrażenia smakowe bardzo dobre. Po skończonej konsumpcji być może skrobnę parę zdań podsumowujących ucztę. Czy będę syty, a może będę miał zgagę? Tego jeszcze nie wiem. Skłaniam się ku pierwszej opcji, ale jak już wspomniałem – za wcześnie na ferowanie wyroków. Tak czy siak zawsze najlepszą płytą Björk będzie dla mnie Vespertine.

Planowałem napisać dłuższy tekst o aferze z pewnym znanym pisarzem i jego koleżankami, które uwielbiają jak mówi do nich per k$#%o. Temat rozgrzewał Facebooka (i nie tylko) do czerwoności przez kilka tygodni. Mocno zbulwersowała mnie rozgorzała dyskusja, bo nie znoszę podwójnych standardów, nienawidzę hipokryzji i kolesiostwa. Przez kilka dni aktywnie uczestniczyłem w rozmaitych dyskusjach zostawiając w sieci parę litrów potu w komentarzach. Pojawiło się kilka tekstów za i przeciw. Myślałem, że napiszę coś od siebie, postał nawet spory tekst, ale ostatecznie uznałem, że wszystko, co powinno, zostało już powiedziane. Upartych obrońców towarzystwa wzajemnej adoracji nie przekonam. Mam jednak nadzieję, że podobne sprawy będą wypływać, a kolejni Rudniccy i kolejne Szczuki pokażą swoją prawdziwą twarz. Trzeba piętnować takie zachowania. Akcja #metoo jest bardzo potrzebna. Niechaj wiatr zmiany nie słabnie. Niechaj przekształci się przynajmniej w orkan, a jeszcze lepiej tajfun, który wymiecie wszelakie seksistowskie kreatury i zachowania z życia publicznego, oczyści środowisko z zakłamanych, dwulicowych autorytetów. Nieważne kto jakie środowisko reprezentuje. Seksizm i molestowanie nie należą do żadnej partii politycznej. Dotyczą wszystkich z lewa, prawa i państwa ze środka – tak, tak! Do was mówię! Przede wszystkim jednak #metoo powinno zmusić do nas refleksji nad naszym postępowaniem, postrzeganiem i podejściem do kobiet.

Czas na wyznanie. W moim życiu pojawił się ktoś. Nazywa się Tomasz Czerwiecki, ma 35 lat i powoli się poznajemy. Owszem to jest coming out, ale nie taki o jakim myślicie. Tomasz jest moim tworem, a ja jego ojcem. Lepię go powolutku, by był gotów wystąpić w mojej powieści. Marcin Świetlicki w swojej autobiografii – a raczej wywiadzie rzece przeprowadzonym przez Rafała Księżyka Nieprzysiadalność – ciekawie mówił o swoich prozatorskich przygodach z bohaterem jego trylogii kryminalnej:

(…) żyłem tym bohaterem. Czasami bywało tak, jakbym wyprowadzał go na spacer i coś mu pokazywał, a on w tym uczestniczył.

Tomka udało mi się na razie wyprowadzić na spacer – dwa razy byliśmy na zakupach w Auchanie. Więcej nie zdradzę. Dodam tylko, że narodziny nastąpiły na trasie Warszawa – Kraków. Od listopada uczestniczę w Szkole Pisania Powieści prowadzonej przez Marię Kulę. To nie jest pierwszy tego typu kurs, w którym uczestniczę, ale chyba po raz pierwszy czuję, że coś mi on daje. Wcześniejsze były tylko muśnięciem tematu. Zajęcia są intensywne, pobudzają do myślenia i przede wszystkim motywują do pracy. A dodatkowym, niewątpliwie bardzo przyjemnym, bonusem jest comiesięczna wizyta w Krakowie.
Wracając do ŚwietlickiegoNieprzysiadalność jest rewelacyjną i bardzo inspirującą książką. Nostalgiczny portret minionych czasów, sporo o procesie tworzenia, a nie tylko twórczości. Wciąż zaznaczam sobie różne fragmenty, zapisuję nazwiska i nazwy, a potem buszuję po Allegro w poszukiwaniu książek np. Michała Choromańskiego czy Michela Butora. Efektami zapewne nie omieszkam się podzielić.