NOKTO MEDIA BERLIN TREPTOWER PARK

Na początku października wybraliśmy się na parę dni do Berlina. Dla Kingi to był pierwszy raz, dla mnie już czwarty. Pojechaliśmy nocnym busem. Trasa zdominowana jest przez przewoźników z krajów nadbałtyckich: Litwy, Łotwy i Estonii. Byliśmy chyba jedynymi osobami na pokładzie, które mówiły po polsku. Podróż upłynęła przyjemnie i gdyby nie niezaplanowany postój nad ranem, tuż za granicą z Niemcami, nie mielibyśmy spóźnienia. Do autokaru weszło dwóch policjantów, żeby sprawdzić dokumenty tożsamości. Część zwracali od razu, ale całkiem sporą kupkę, w tym mój dowód osobisty, zabrali do radiowozu. Co jakiś czas jeden z policjantów wracał pod pojazd i oddawał kierowcy sprawdzone dokumenty. Raz, drugi, trzeci… Mojego wciąż nie oddali. W takich sytuacjach człowiek myśli o różnych rzeczach, czasem wpada w panikę, bo przecież tyle się słyszy… Zdenerwowałem się – zakazano wychodzenia z pojazdu, a to zdecydowanie utrudniało zapytanie policjantów jaki jest powód przetrzymywania dowodu. Żaden z kierowców nie mówił po polsku, więc na moje pytania, nieważne w jakim języku, odpowiadali tylko nie znaju! Oczywiście niepotrzebnie się stresowałem. Dowód wrócił z ostatnią partią dokumentów.

Potem wydarzyło się coś, co znacznie bardziej utkwiło w pamięci. Policjanci wywołali po nazwiskach czteroosobową rodzinę: mężczyznę, jego żonę i dwójkę dzieci. Nie rozpoznałem ich narodowości – jedyne, co ich wyróżniało, to śniada karnacja i chusta na głowie kobiety. Mundurowi kazali im zabrać wszystkie bagaże i wysiąść, a ci wykonali polecenie spokojnie, nic nie mówiąc, bez żadnych protestów. Tak jakby wiedzieli, że coś takiego może się wydarzyć i byli na to przygotowani. Drzwi zamknęły się i autokar ruszył. Patrzyliśmy na nich z daleka. Na zimnie, w ciemnościach stali z bagażami i czekali. Poruszyła mnie ich niema zgoda na wszystko, a jednocześnie wydawało się to irracjonalne. Przecież takie sceny ogląda się tylko na filmach albo w telewizyjnych wiadomościach. Z rozmowy policjantów z kierowcami wynikało, że chodzi o nieważną wizę któregoś z członków rodziny. Nie jestem pewien.

Przez wiele lat Berlin jawił mi się jako cudowne miejsce – takie, w którym chciałbym zamieszkać. W tych zachwytach często nie stroniłem od przesady twierdząc, że na co dzień żyję na zadupiu, w gorszym miejscu etc. Swoimi mądrościami z lubością dzieliłem się ze światem na Facebooku licząc na współczucie, empatię i łączenie się w bólu. Nie pamiętam, żeby jakiekolwiek wyrazy się pojawiły. Chyba nawet nie dostałem żadnego polubienia. Katastrofa! Całe szczęście fachmani Zuckerberga jakiś czas temu wprowadzili użyteczną funkcjonalność jaką są wspomnienia. Dzięki temu mogę przypomnieć sobie wszystkie te głupoty, którymi tak skwapliwie przyozdabiałem swój profil, a co najważniejsze – mogę te kompromitujące mą skromną osobę materiały usunąć! Nikt już nie znajdzie na mnie żadnego haka, nie odkryje rysy na tym krystalicznym życiorysie! No dobra. Prawie nikt. W internetach nic nie ginie. Jeśli jakiś agent odpowiednio się postara odkryje, że w 2011 r. zamawiałem jedzenie w Noodle w Pudle oraz odnajdzie wspomniane berlińskie quasi refleksje.

Co zmieniło się w Berlinie? Sam już nie wiem, czy miasto, czy nie przypadkiem sposób, w jaki je postrzegam. Zauważałem rzeczy, których nie widziałem wcześniej, jak choćby wszechobecny nieporządek i brud. Pełno walających się śmieci: petów, opakowań, butelek, popsutych wózków na zakupy. Dyskont Netto, który mieścił się obok naszego hostelu, prezentował się jak biedniejsza wersja Biedronki. Czyżby przez te cztery lata, od kiedy odwiedziłem stolicę Niemiec, miasto tak bardzo podupadło? Czy może to ja zgubiłem różowe okulary, które zawsze miałem na nosie podczas pobytu?

Zwiedzając zaliczyliśmy większość najważniejszych punktów : Brama Branderburska, główny dworzec kolejowy, East Side Gallery, Plac Poczdamski i Plac Aleksandra, a na deser Treptower Park, monumentalny cmentarz ku czci żołnierzy Armii Czerwonej poległych podczas bitwy o Berlin w 1945 r. To miejsce za każdym razem robi na mnie wrażenie. Ogromny teren, który został poświęcony pamięci wojskom ze Związku Radzieckiego. Pamiątka po Narodowej Republice Demokratycznej . Czy gdyby znajdowała się ona na terenie Polski, powiedzmy w Warszawie, miałaby szanse przetrwać? Czy mogłaby liczyć na to, że władze miasta dbałyby o nią tak jak władze Berlina? Wątpię. Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest kolejna polityczna awantura. Nie przewiduję zniszczenia miejsca, ale zapewne nikt specjalnie nie przejąłby się jego losami i zdane byłoby ono na łaskę wandali i matki natury. Nasza, polska, mentalność od lat zdominowana jest chęcią wymazywania przeszłości, manipulowania historią w zależności od tego, która opcja polityczna jest obecnie za sterami.

Nikt nie zaprzeczy, że Józef Stalin był dyktatorem i zbrodniarzem, a Związek Radziecki państwem totalitarnym, ale równie obiektywnym faktem, któremu nie można zaprzeczyć, jest ważna rola Armii Czerwonej w zakończeniu II Wojny Światowej. Zginęły miliony osób różnych wyznań i narodowości. Zrównanie z ziemią Treptower Park byłoby więc zbezczeszczeniem pamięci tych, którzy polegli. Ludzi, którzy mieli swoje pragnienia, marzenia, rodziny, którzy kochali i byli kochani. Odnoszę wrażenie, że polska racja stanu nie bierze tego pod uwagę. Całkiem niedawno były zakusy na zburzenie Pałacu Kultury i Nauki, bo to przecież pomnik minionego systemu, pozostałość po komunizmie. Kiedy w Raciborzu wandale zniszczyli pomnik Armii Czerwonej prezydent miasta tylko temu przyklasnął, bo usunięcie sowieckich symboli z raciborskiego cmentarza i tak było w planach. Najlepiej jest wykastrować pamięć z tego, co nie jest po naszej myśli,zostawić miejsce na wygodne i jedynie właściwe fakty, a tam, gdzie się nie da albo są białe plamy wkleić nową, zmanipulowaną wersję. To robił PRL, ale to robi również obecna władza. Historia się nie zmienia. Różne są tylko jej interpretacje. Niedawno ukazała się książka Georgesa Minka Polska w sercu Europy, w której francuski socjolog pochyla się nad XX-wiecznymi dziejami naszego kraju i analizuje narracje, które dominowały i dominują, kiedy mówimy o polskiej pamięci zbiorowej. Miły zbieg okoliczności, że ta pozycja miała swoją premierę właśnie teraz. Chętnie po nią sięgnę.