Czy ja piszę? Pani kierowniczko, ja piszę przez cały czas. Na okrągło.

Tylko nie publikuję, bo jeszcze nie czas. Przeszło miesiąc temu skończyłem Szkołę Pisania Powieści w Krakowie. To już trzeci kurs tzw. kreatywnego pisania, w którym brałem udział, ale pierwszy naprawdę satysfakcjonujący i spełniający moje oczekiwania. Co do poprzednich – nie będę się rozwodził, czasu szkoda. Wspomnę tylko, że ich organizator zdecydowanie nastawiony jest na ilość, a nie na jakość. Daleko nam jeszcze do innych krajów, w których kreatywne pisanie jest przedmiotem, a nawet kierunkiem na studiach. Dzieje się tak od dziesiątek lat i jakoś nikt, tak jak redaktor pewnego dużego polskiego wydawnictwa decydujący o losach nadesłanych do niego tekstów, nie uważa, że jest to dawanie nadziei grafomanom. To się całe szczęście zmienia.

Za mną intensywne pół roku pracy, poznawania narzędzi ułatwiających pracę z materią literacką. Nie uczyłem się tego jak pisać, bo od dawna umiem. Ze słowem pisanym jest mi bardzo po drodze, mam tysiące pomysłów, koncepcji etc. Dzięki szkole pozbyłem się strachu, oporu przed rozkładaniem tego na części pierwsze, analizowaniem, przerabianiem i składaniem w całość. Dostałem ogromną walizkę pełną narzędzi, którymi umiem się posługiwać, wiem do czego służą. Potrafię analizować teksty książek, scenariusze – wyciągać wnioski, znajdować w nich to co dla mnie jako twórcy może być użyteczne. Panuję nad materią słowną, potrafię jak garncarz wrzucić ją na koło pisarskie, a potem ją toczyć, wyciągać i formować – widzieć co jest jej mocną stroną, a gdzie jeszcze sporo brakuje i trzeba dołożyć nieco gliny.

Najważniejsze jednak jest, że zyskałem pewność siebie. Wiem, że potrafię dobrze pisać, wiem że chcę napisać powieść i nie mam problemu z tym, żeby się tym chwalić. Niedawno skończyłem czytać rewelacyjne Niksy Nathana Hilla. Jest tam scena, w której matka pyta głównego bohatera, co chciałby robić w życiu. Dzieciak bez chwili namysłu odpowiada, że chce być powieściopisarzem. Ja też chcę.

Piszę powieść. Jej kształt w ciągu tych sześciu miesięcy wielokrotnie ulegał zmianom. Sporo, łącznie z pomysłem stanowiącym punkt wyjścia, musiałem wywalić, przerobić. Mam nadzieję, że te skrawki, które zostaną po złożeniu wszystkiego w całość przydadzą mi się do czegoś innego. Kiedyś. Przy następnych książkach.

Roboczy tytuł mojej historii to Donikąd. Główny bohater nazywa się Tomasz Czerwiecki, pracuje w znanym tygodniku, gdzie jest dziennikarzem śledczym. Nie jestem jeszcze dokładnie pewien, do której szufladki gatunkowej będę chciał Donikąd włożyć, ale z pewnością pojawią się tam elementy thrillera, sensacji i political fiction. Nie będą jednak głównym tematem. A co będzie? Nie zdradzę. Kończę właśnie pierwszy rozdział, kolejne są już wstępnie rozpisane. Wbrew tytułowi nie zmierzam donikąd.

P.S. Taka anegdota na koniec. Miejscem, które odgrywa ważną rolę w powieści jest warszawska nieistniejąca knajpa Verde. Wymyśliłem ją na potrzeby historii. Natomiast, jak z wieloma rzeczami, posłużyłem się punktem odniesienia jako inspiracją. W tym przypadku jest to „restauracja” Parana (zajrzyjcie tam przy okazji to zrozumiecie skąd cudzysłów). W pewnym trakcie pisania, kiedy potrzebowałem dokładnej lokalizacji miejsca, w mapach Googla kilkakrotnie próbowałem znaleźć… Verde. Dopiero, za którymś razem załapałem, że szukam nie tego co trzeba. Tak to jest jak fikcja przejmuje kontrolę nad swoim stwórcą 😉