Dwa tygodnie temu pojechałem na Wolę do Narodowego Centrum Kultury odebrać Legendę Jacaszka i Budzyńskiego. Wciąż się z nią mierzę. Sam nie wiem jak ocenić reinterpretację czy raczej dekonstrukcję legendy Legendy Armii. Parę osób zdążyło obwołać ją arcydziełem. Nie mam takich zapędów. Myślę, że musi sobie spokojnie poczekać na półce aż przyjdzie jej czas. Za dużo dobrych płyt ukazało się ostatnio, a przecież dopiero zaczyna się jesień. Nigdzie się nie śpieszę. Niech dojrzewa.

Wracając do wątku mojej wyprawy na drugą stronę Wisły. Od kiedy mieszkam na dalekiej, a przy okazji cichej i spokojnej, Pradze Południe często zdarza mi się mówić w takich przypadkach, że jadę do miasta. Żeby dostać się na Płocką gdzie mieści się siedziba NCK musiałem przesiąść się na rondzie Wiatraczna do tramwaju 26. Zajrzałem do piekarni Grzybki po słodką bułkę i coś do picia. Przede mną, w kolejce, stały trzy czy cztery osoby. Od kasy odchodziła właśnie kolorowa staruszka z plastikowym kubkiem parującej kofeiny. Następna już zamawiała: Poproszę pięć kajzerek, ćwiartkę chłopa…Pani z kawą, z lekkim i zadziornym uśmieszkiem, głośno skomentowała: Ćwiartkę chłopa to ja mam w domu! Reszta klientek spojrzała na nią ze srogim wyrzutem, ale ta szybko odparowała niemy atak: No co? Podupadł na zdrowiu biedaczek ostatnio. Uśmiechnąłem się, bo sam miałem rozkminy na temat ćwiartki chłopa. Stephen King, swoim zwyczajem, zapewne zrobiłby z tego opowiadanie o kanibal-babci, ale tym razem go tam nie było. Urzekło mnie poczucie humoru starszej pani. Spojrzała na mnie i mrugnęła okiem. Chyba jest fajną babcią. Zazdroszczę jej wnukom.

Zacząłem od anegdotki, a teraz formalności. Pierwszy wpis od dawien dawna na stronie, która latami obrastała kurzem i chyba nikt na nią nie zaglądał. Teraz, po bardzo mocnym tuningu, startuje ponownie. Łukasz Orbitowski, pisarz, od lat prowadzi bloga. Kiedyś znaleźć na nim można było wszystko co wiązało się z jego karierą literacką: wydane książki, spotkania z czytelnikami, publikacje etc. Potem zjadł to Facebook. Na stronie pozostał jednak cykl, przy którym, od dawien dawna, trwa: Tydzień z głowy. Zapiski niekoniecznie związane z literaturą, raczej cotygodniowy felieton o tym co u Orbitowskiego w trawie piszczy: szczypta codzienności, jakieś wspomnienia, ważne rozmowy i przemyślenia. Część z nich ukazała się zresztą jako książka Rzeczy utracone (Wydawnictwo Zwierciadło 2017).

lukasz orbitowski rzeczy utracone zwierciadloPodziwiam jego upór, dyscyplinę i konsekwentne działanie. Pod tym względem będzie zawsze niedoścignionym wzorem. Wspominam o nim dlatego, że od niepamiętnych czasów mam marzenie o wydaniu książki. Ktoś kiedyś powiedział, że każdego w życiu stać na napisanie przynajmniej jednej. Jeśli uda mu się z drugą to może zastanawiać się nad byciem pisarzem. Przez lata przypisywałem te słowa Kurtowi Vonnegutowi, być może to był jeden z jego wielu wykładów o pisarstwie, ale nie jestem tego na 100% pewien. Nieważne kto to powiedział. Istotny jest fakt, że wziąłem sobie te słowa do serca i chcę przebyć chociaż połowę tej drogi. O ile wygram z boginią prokrastynacji.

Ten blog to będzie mój warsztat, w którym będę konstruował narzędzia pomocne do stworzenia bestsellera. Jak to mówi Sylwia Chutnik żeby pisać trzeba pisać. Chcę stworzyć dobrą powieść, wydaną przez dobre wydawnictwo. Nie interesują mnie żadne selfpublishingi, oficyny, którym za wydanie swojego dzieła trzeba płacić. Mierzę wysoko. Interesuje mnie półka, na której stoją: Czarne, Karakter, Literackie, Wielka Litera czy W.A.B. Mam świadomość zawieszonej wysoko poprzeczki co może wymagać powstania więcej niż jednej książki.

Jakieś 15 lat temu przyszedł mi do głowy pomysł na debiut. Niech moją pierwszą książką będzie autobiografia pod wszystko mówiącym tytułem Jak zostałem sławnym pisarzem? Skoro większość autorów płodzi takie pozycje mając już jakiś dorobek to czemu nie odwrócić tej kolejności? Nawet zacząłem to pisać. Na początku tego roku, podczas przeprowadzki do nowego mieszkania, znalazłem te notatki. Mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że pozostanę jednak przy tradycyjnym sposobie tworzenia. Liczyłem chociaż na jakąś inspirację. Wiek swoje robi. Zgrzytałem zębami czytając to co wówczas miałem do powiedzenia i niespecjalnie chciałbym dzielić się tym ze światem.

Jest wielce prawdopodobne, że niejednokrotnie będę się dzielił ze światem refleksjami na tematy różne, zazwyczaj niespecjalnie istotnymi. Nie wpłyną one na wynik wyborów samorządowych w Llanfairpwllgwyngyllgogerychwyrndrobwllllantysiliogogogoch (walijskie miasto znane z posiadania najdłuższej nazwy na świecie), nie będą przedmiotem szwajcarskiego referendum a tym bardziej nie wspomni o nich żaden prawicowy publicysta. Niby powiadają Nigdy nie mów nigdy, ale co ja tam mogę. Zdarza mi się nawet mieć poczucie humoru, ale liczących na gorące kawałki w stylu dżemu Patryka Vegi odsyłam na inne strony. Ja taki czerstwy nie bywam mimo, że byli tacy co zwali mnie królem sucharów.

Są tu także recenzje, teksty o rozmaitych formach kulturalnych uciech. Zdarza mi się pstrykać aparatem i megabajty kolorowych pikseli także się tutaj pałętają. Uzupełniam, poprawiam i dodaję wciąż nowe rzeczy z opasłego archiwum. Przede wszystkim stawiam jednak na rzeczy nowe.

Czas goni. Ma się te 40 lat na karku. To dobry moment na spektakularny debiut!

P.S. Kubeczek z profesorem Filutkiem nie jest, podobnie jak wspomniana piekarnia Grzybki, opłaconym przez Sorosa lokowaniem produktu. Tak gwoli jasności, żeby mi tu nie było…